wtorek, 31 grudnia 2013

Podsumowanie 2013!

Kochani!

I tak oto dotarliśmy do końca 2013 roku. Postanowiłem jakoś go sobie podsumować. I jak dumałem nad tym postem, to doszedłem do wniosku, że ten rok był różny. w niektórych dziedzinach było super, to na pozostałych trochę gorzej. Ale po kolei...

Praca...

Zaczynam od najgorszej strefy, by potem pisać tylko same dobre rzeczy. W tym roku straciłem pracę (nie przedłużono mi umowy) i nie zapowiada się, że będzie lepiej. Praca jest czymś co człowieka uszlachetnia dlatego nie zasypuje gruszek w popiele i staram się rozwijać w innych dziedzinach. Miałem okazję poczynić kilka komentarzy na jednym z jasielskich portali, za co bardzo dziękuję, jednak to nie jest do końca moja bajka. Dla mnie tworzenie prawdziwych, subiektywnych komentarzy społecznych, to przede wszystkim możliwość sprawdzenia informacji u źródła. Pisanie w oparciu o inne już utworzone komentarze, to trochę chodzenie po omacku. Można rykoszetem uderzyć niewinnego, a tego bym nie chciał. Niestety innej możliwości, by tworzyć takowe komentarze, nie mam, dlatego postanowiłem zaprzestać. W tym miejscu chcę bardzo serdecznie podziękować za umożliwienie mi popróbowania tychże komentarzy. Ale z pisania nie zrezygnuję, zresztą komentarze do niedzielnej Ewangelii na stronie u franciszkanów się pokazują i chyba mają się dobrze. Wierzę mocno, że jest to jedna z możliwych dróg mojego dalszego rozwoju :) i w niedalekiej przyszłości uda mi się wypłynąć z nowym projektem, czas pokaże :)

Zdrowie...

Jeśli chodzi o moje zdrowie, to poza małym wypadkiem w Sandomierzu, nic wielkiego się złego nie działo. I w sumie ten wypadek też nie był groźny, ale skutki leczenia były dość konkretne. Jak wiecie leżałem przez prawie 3 tygodnie w łóżku. I jak to nazwałem, odbyłem niesamowite rekolekcje. Doświadczenie ciszy, zatrzymania się, możliwości pomodlenia się, to było bezcenne doświadczenie. Wymagało przy tym sporo cierpliwości, ale warto było! Muszę tutaj wspomnieć o zdrowiu mojej mamy, które pod koniec roku troszkę szwankowało (zapalenie oskrzeli). Większość czytających pewnie wie, że mieszkam z moją mamą, która ma już 82 lata. Ogromnie mi wciąż pomaga no ale jej siły, choć bardzo ale to bardzo powoli, sukcesywnie słabną. To oczywiście oddziałuje i na moje możliwości m. in. pracownicze (podjąć mógłbym się tylko jakieś zadaniowej formy pracy), ale i w komunikowaniu się z innymi. Po prostu potrzeba nam więcej czasu na przygotowanie się do użyteczności publicznej, że to tak nazwę :) Jednak jestem wdzięczny Bogu, że wciąż jest przy mnie i można rzec, iż nawzajem sobie pomagamy :) Oby ten zbliżający się Nowy Rok był silniejszy i lepszy w tej dziedzinie :)

Przyjaciele...

No a w tej płaszczyźnie jest zdecydowanie najlepiej. Bo nie dość, że starzy, wypróbowani przyjaciele są przy mnie i wciąż mnie zaskakują :) To pojawiają się nowi, równie bliscy i niesamowici :) Nie wiem jakbym żył bez Was, ale na pewno to moje życie byłoby bardzo ubogie. Bez Was nie pokazywałby się tak często uśmiech na mej twarzy... Dziękuję Wam bardzo serdecznie... Świadomie nie wymieniam Ich, bo Oni wiedzą, że to o Nich... :)

Świat...

I tutaj musiałbym całkiem spory felieton napisać, ba, nawet kilka, a i tak nie wyczerpałbym tematu. Niewątpliwie ten rok pokazuje niepewność, kruchość świata. Zasady, które były od wieków niewzruszone, zmieniają się. Widać sporo smutku na tym świecie, brak perspektyw, lęk o przyszłość, wszystko to powoduje ogromne znużenie i zgorzknienie wśród ludzi. Dlatego napiszę tutaj to co napawa mnie ogromną radością, a przede wszystkim nadzieją. Jest Nim Papież Franciszek! Człowiek wiary o Wielkim Sercu, jest swoistą lampą na tym świecie, która rozjaśnia wszelkie Jego mroki. Wszystko to co mówi, pisze, daje ogromną nadzieję na życie pełne Miłości i Pokoju. Trzeba nam tylko wsłuchiwać się to co mówi do nas. Tylko błagam Was, nie poprzez media, które stosują permanentną nadinterpretację! Manipulują czym się da, by osiągnąć swój cel. Tylko czytając źródłowe teksty i włączając nasze myślenie zrozumiemy co nam chce powiedzieć Papież Franciszek! Wysilmy się trochę, bo warto!

Życie Duchowe...

Na koniec chcę w kilku słowach napisać o tym, co się w moim wnętrzu zmienia, w kontekście tych wszystkich powyższych płaszczyzn.
Niewątpliwie jest i w moim sercu sporo lęku, jednak z ufnością wkroczę ten Nowy Rok. Bo wielokrotnie Jezus zapewniał mnie o Jego obecności i dawania mi tego co najlepsze. Wziął mi pracę, ale jednocześnie jest ogromne pragnienie ewangelizowania przez różne formy przekazu, m. in. ten blog jest takim przekaźnikiem :) Ale wróble ćwierkają, że w tym roku będą też inne formy ewangelizowania, o których będę Was informował.
Jezus daje mi praktycznie na każdym kroku odczuć, że nie będę sam. Przecież mam tylu w koło siebie fantastycznych dobrych ludzi, którzy mi pomagają w różny sposób.Stąd rodzi się wielka ufność Bogu, że będzie mnie prowadził dalej. Ale też, że będę i ja mógł dawać Wam, poprzez uśmiech, słowo, gesty i wszystkimi talentami, którymi mnie obdarzył Pan...

Na koniec...

Mam świadomość, że nie opisałem wszystkiego co się wydarzyło w tym roku. Ale nie to było moim zamierzeniem, chciałem się z Wami podzielić tym wszystkim, co noszę dzisiaj w swoim sercu.
I życzę Wam, byście odważnie i radośnie weszli w ten rok 2014, bo gdziekolwiek pójdziesz to Jezus będzie szedł koło Ciebie...

I tak zupełnie na koniec, niech ta muza osłodzi Wam dzisiejszy dzień: Where You Go I Go

piątek, 1 listopada 2013

wszyscy święci balują w niebie ;)

      Tym tytułem chciałem przerwać to dłuższe milczenie informując wszem i wobec, że moja noga znacznie lepsza :) Dziękuję za każde dobre słowo te napisane i usłyszane, a przede wszystkim za modlitwę. Jeszcze co prawda nie zaleczona całkowicie, ale już mogę częściej na wózek wskakiwać i móc świętować dzisiaj ze wszystkimi tymi na górze, którzy mają niezłą imprezę :) :) :)
    
      Bardzo się cieszę, że mogę uczestniczyć aktywnie w dzisiejszym święcie. A to dlatego, że będąc na cmentarzu mogę po obcować z tymi którzy mnie wyprzedzili ;) To naprawdę jest super kiedy możesz wspominać dobrych ludzi, których wśród nas już nie ma. I z jednej strony czujemy ten brak pomocnej dłoni, ale z drugiej wierzysz, że oni nie przestali Ci pomagać. Ja w każdym razie wyraźnie czuję pomoc ze strony mego ojca...
    
      Chciałbym z Wami podzielić się jeszcze jedną rzeczą, którą będę żył przez najbliższe 54 dni. Nie wiem czy słyszeliście o pewnej nowennie opartej na modlitwie różańcowej. Nazywa się Nowenna Pompejańska, odmawia się ją właśnie przez 54 dni. Bo składa się z 3 nowenn przebłagalnych i 3 dziękczynnych. W ciągu dnia odmawia się cały różaniec, czyli 4 części :) Kiedy ta nowenna powstawała nie było jeszcze tajemnic światła i dlatego nie musi się jej odmawiać, ale oczywiście jest zachęta, by odmawiać i tę część :) Wszelkie bliższe informacje znajdziecie tutaj. Czytając o wszystkich niesamowitych łaskach, a nawet cudach, które za przyczyną tej nowenny się działy, postanowiłem i ja tą nowenną się modlić. Ci którzy lepiej mnie znają wiedzą, że modlitwa różańcowa nie jest najsilniejszą moją stroną. Jednak poczułem impuls na tyle mocny, że pragnę w ten sposób zbliżyć się do Mateczki Kochanej. Wierzę, że ten czas będzie niezwykle owocny. Oczywiście proszę też w jednej konkretnej intencji, której tu nie przedstawię, bo to zbyt intymna i delikatna sprawa... Ale może kiedyś się tym podzielę, czas pokaże:) W każdym razie jest to pewne wyzwanie dla mnie.

      I z ostatniej chwili... pięknie Jasło dzisiaj widać z cmentarza na górce, będąc u taty mogłem się pomodlić i podumać na spokojnie. Oj jak ja dziękuję Bogu, że mam elektryka.... :)

      Trzymajcie się ciepło wszyscy, którzy to czytają :)

niedziela, 6 października 2013

mała przerwa w leżeniu...

           Pewnie wielu z Was oczekiwało nowego posta w poprzednim tygodniu, bo w końcu solennie obiecywałem. Część z Was pewnie jest zorientowana, bo regularnie czyta facebooka :) A dla wszystkich pozostałych spieszę poinformować, że od kilku dni leżę sobie grzecznie w łóżeczku z racji rany otwartej na łydce. Zrobiła mi się już jakiś czas temu gdy hasałem sobie po dróżkach sandomierskich. Mój to był błąd, bo pasa bezpieczeństwa nie zapiąłem na elektryku i przy jednym ze zjazdów po brukowej drodze, grawitacja dała mi o sobie znać :) No i kiedy nogi sięgnęły bruku, wózek ze stopkami najechał na moją prawą łydkę i.... tu pozwolę sobie przerwać, a jedynie napisać, że zaczerwienił się chodnik :) Teraz pozostało mi tylko czekać na kolejny odcinek ojca Mateusza jak poszukuje właściciela tej czerwonej plamy :) Rana z początku zaczęła fajnie się goić, a potem niestety proces się zatrzymał. Związane to jest z puchnięciem nóg i kiepskiemu odpływowi naczyń limfatycznych. Efektem jest to, że muszę leżeć, by nogi mi tak nie puchły i dać szansę tej ranie się zagoić.
          Leżąc mam dość ograniczony dostęp do neta i stąd cisza tutaj. Jedynie udało mi się krótkie info umieścić na facebooku, bo z komórki posta tutaj wstawić nie jest łatwo. Od wczoraj popołudnia zrobiłem sobie przerwę w leżeniu, a to dlatego, by móc pójść na "Jezioro Łabędzie" w naszym Domu Kultury, a dzisiaj móc uczestniczyć w uroczystości 50-lecia poświęcenia kościoła OO. Franciszkanów, mojego kościoła, bo w Nim byłem chrzczony :)
        Nim napiszę kilka słów o ostatnich wydarzeniach, to chciałem z Wami podzielić się pewną refleksją. Otóż leżąc sobie w łóżeczku, zdrowo się czując (rana aż tak bardzo nie boli), miałem sporo czasu, by się zatrzymać i podumać nad sobą. I ucieszyła mnie jedna myśl: nie boję się siebie, nie boję się ciszy, wręcz przeciwnie, szukałem jej!
       Zwykle ludzie chcą ciszę zagłuszyć, byle czym, tylko żeby jej nie było. Nie chcą się zatrzymać i pomyśleć nad sobą, nad sensem swego życia, nie chcą siebie pytać po co i za czym tak gonią... Wyznaczają sobie kolejne cele, by zdobyć jakieś konkretne rzeczy, tytuły, poważanie u innych, wybić się z tłumu, zrobić karierę, być sławnym, choć każdy mówi: sława jest ulotna... A jednak każdy gdzieś bez przerwy pędzi... W tym wszystkim tworzą się wyrzuty sumienia, bo zapomniałem o urodzinach kogoś bliskiego, zawiodłem zaufanie przyjaciela itd. itp. No i wtedy rzeczywiście nie pragniemy ciszy, bo właśnie wtedy odzywa się nasze sumienie. Tylko niestety jest pewna zasada życiowa, że im dłużej będziemy zagłuszać swoje sumienie, tym mocniej w przyszłości się odezwie. A ja Bogu dzięki pragnę ciszy.... I nie chcę przez to powiedzieć, że jestem święty, o nie:) daleko mi do tego... Chcę powiedzieć, że w tych ostatnich dniach wchodziłem w dialog ze swoim sumieniem, bo tylko wtedy mogę lepiej siebie poznać. I dostrzegłem w sobie wiele brudu, wiele złych, czasem niepotrzebnych zachowań. No i mam teraz czas o tym wszystkim z Panem Bogiem porozmawiać, znaleźć drogę poprawy, ale też odnaleźć drogę rozwiązań danych problemów. Tak... Myślę, że dawno nie miałem tak fajnych rekolekcji, jak obecnie ;)
        Będąc wczoraj na jednym z najsłynniejszych baletów, smakując lekkość tańca wykonywanego przez rosyjskich artystów, uświadamiałem sobie definicje piękna. Widać w tym wszystkim było niezwykłą harmonię, pewien porządek. I co najbardziej mnie urzekło, to poczucie wolności tańczących w pewnych określonych ramach jakim jest balet, w tym swoistym języku gestów, poza który tancerz nie ma prawa wyjść. Jedynie szkoda mi było, że u nas jest za mała scena i nie mogli pokazać pełni swych możliwości...
       A z dzisiejszej mszy zapamiętam jedną rzecz: woda jest pokorna. No bo woda jest bazowym składnikiem wszelkiego płynu. Kiedy mówimy, że piję herbatę czy kawę, to nie wspominam wody, chociaż jest głównym składnikiem... Niezwykle odkrywcze i pokazujące sens pokory.
      Wystarczy na dzisiaj:) Od jutra zmykam dalej do łóżka na 2 część rekolekcji, jednocześnie prosząc wszystkich czytających o modlitwę za mnie :)
Pozdrawiam serdecznie ;)

niedziela, 29 września 2013

Dom budowany sercem

wiem... wiem.. blog mój leży odłogiem :P no ale co ja zrobię, że na tym bezrobociu aż taki zarobiony jestem:) Obiecuję solenną poprawę, a dzisiaj poniżej publikuję tekst, o który poprosił mnie mój serdeczny przyjaciel. Ten tekst jest refleksją nad tym co się działo dokładnie tydzień temu czyli 22.09. On już jest na facebooku, a ponoć ma być jeszcze w paru miejscach :) Stwierdziłem, że warto by i Ci, którzy tutaj zaglądają mogli ten tekst przeczytać i się zapoznać z pięknym dziełem - budowa rodzinnego domu dla osób niepełnosprawnych w Zabrzu przez moje Stowarzyszenie "Modlitwa i Czyn". A już w tym tygodniu powinienem coś jeszcze "skrobnąć" tutaj:)
Miłego czytania:
"W niedzielę 22.09 br. miałem niezwykłą przyjemność uczestniczyć w wielkiej akcji charytatywnej jakim było przedstawienie pt. „Lady Robin Hood”, w którym brały udział osoby bardzo znane miasta Zabrza. Zebrane pieniądze mają zasilić konta naszego Stowarzyszenia „Modlitwa i Czyn”, a także Fundację „Ulica”. Ze znanych mi osób kojarzyłem panią prezydent miasta Zabrze panią Małgorzatę Mańke-Szulik, a także panią euro poseł Małgorzatę Handzlik, która jest pomysłodawczynią całej tej akcji. Oraz pana Stanisława Oślizło, niegdyś wspaniałego piłkarza, kapitana reprezentacji Polski i Górnika Zabrze.  Był też ks. Sebastian Bensz, ale o tym wiedziałem od samego początku, ponieważ poprosił mnie bym na koniec spektaklu powiedział kilka słów podziękowań w imieniu naszego Stowarzyszenia „Modlitwa i Czyn”.

Jadąc na tę uroczystość nie sądziłem, że ma ona aż taki szeroki oddźwięk w środkach masowego przekazu. Cel oczywiście był bardzo szczytny, jednak jest wiele podobnych tego typu akcji i jakoś nie spodziewałem się aż takiego rozgłosu związanego z tym przedstawieniem. Oj jak bardzo się myliłem! Byli na tym przedstawieniu reprezentanci wszystkich rodzajów mediów. No i na każdym ze spektakli nie było wolnego miejsca.
Samo przedstawienie zrobiło na mnie ogromne wrażenie, dało się zauważyć niezwykłe zaangażowanie wszystkich biorących udział w tym wspaniałym dziele, po prostu byli profesjonalistami w tym co robili. Każdy z aktorów wkładał całe swoje serce, żeby to wyszło jak najlepiej. A i wolontariusze byli wspaniali, to dzięki nim nie było żadnych problemów przy przenoszeniu i odpowiednim ustawianiu rekwizytów. Na zakończenie przedstawienia, w czasie ogólnych podziękowań otrzymaliśmy, Stowarzyszenie „Modlitwa i Czyn” i Fundacja „Ulica”, po 20 000 zł. Mimo, że uzbieraliśmy sporą sumę pieniędzy, to jednak jest to jedynie kropla w morzu potrzeb. Myślę jednak, że nie to było najważniejsze. Poruszyła mnie ta ogromna życzliwość wszystkich grających, wyczułem niezwykłą solidarność tych wszystkich, którzy byli w jakikolwiek sposób zaangażowani w to dzieło. To dzielenie się sobą zbudowało niezwykłą atmosferę w trakcie tych spektakli. To właśnie ta solidarność międzyludzka będzie swoistą opoką  i stanie się fundamentem naszego domu.
Na koniec niech mi będzie wolno osobiście podziękować, że mogłem aktywnie w tym uczestniczyć. Odczuwać tę cudowną atmosferę – również za kulisami, takie momenty umacniają każdego z nas niepełnosprawnych, że ten dom powstanie i będzie wybrukowany  cudownymi sercami i stanie się dla nas wielkim oparciem, a także naszą szansą na przyszłość.
Serdeczne Bóg Zapłać!"

środa, 7 sierpnia 2013

Najnowsze wydarzenia

Ale upał..... u mnie w pokoju mam jedyne 27,7..... idzie zwariować, ale stwierdziłem, że najwyższa pora trochę napisać co ostatniego się wydarzyło. A działo się bardzo wiele. Wyruszyłem na "pielgrzymi szlak" już 13 lipca, odwiedzając najpierw moich starych przyjaciół, by zawitać na 2 tygodnie w Głogowie, na turnusie rehabilitacyjno-rekolekcyjno-wypoczynkowym prowadzone przez moje stowarzyszenie "Modlitwa i Czyn". Mówię moje, bo z całą stanowczością identyfikuje się właśnie z tym Stowarzyszeniem, czuję się Jego częścią, a po tym turnusie jeszcze bardziej jestem utwierdzony, że są tam fantastyczni ludzie.... Chyba mogę się nazywać dzieckiem szczęścia, bo to był jeden z piękniejszych dla mnie wypadów, najpierw rozmowy z przyjaciółmi, które pokazały mi jak są dla mnie ważni, mimo upływu czasu i mniejszego kontaktu. Wszędzie gdzie przebywałem czułem tę niezwykłą więź z nimi wszystkimi, których miałem okazję spotkać przed Głogowem.

    Natomiast sam Głogów był z wielu powodów inny od innych. Wiele czynników na to się składało, ale nie będę o nich pisał, bo to nie było najważniejsze. Opiekuna miałem tego co zawsze czyli Andrzeja Glimoska, już od kilku lat razem jesteśmy na turnusie i co jest niezwykłe, jeszcze nam się nie udało solidnie po wpieprzać się na siebie. Może dlatego, że mamy do siebie wieeeeelki dystans, i mimo wszystko wiele szacunku, zawsze kolejne kroki są wspólnie uzgadniane i planowane, może stąd nie było powodu do większej sprzeczki. Wielu starych przyjaciół i znajomych wśród których czuję się jak ryba w wodzie, ale też pięknie dopisali nowicjusze :) Z wieloma miałem okazję porozmawiać, a nawet mocno się zaprzyjaźnić :P Wybaczcie ale to dla mnie zbyt intymne, żebym tutaj na blogu opowiadał szczegóły o tych wszystkich relacjach... :D Musi wam wystarczyć jedynie to, że w tym aspekcie to był najlepszy turnus.
    Ale też ogólnie patrząc na całość to czuło się niezwykłą otwartość jeden na drugiego, bez znaczenia czy ten ktoś to debiutant, czy nie. Może dlatego, że starsi byli na nowych pozycjach i stąd ta otwartość, być może tak, w każdym razie dało to bardzo pozytywny skutek. Nie czuło się jakikolwiek dysproporcji. Poza tym takiej super pogody jak była na ostatnim turnusie, to ja nie pamiętam. No i po 15-stu latach siedziałem na koniu, bynajmniej nie tyłem i nie reklamowałem Old Spice :D Dzięki wielkie tym wszystkim, którzy mi to umożliwili. Miałem też w trakcie 3 konferencje na temat wiary w Trójcę Przenajświętszą, starałem się jak najprościej i jak najkrócej mówić na te, w końcu nie łatwe tematy. Sądzę, że w miarę mi się udało, żeby nie były one za długie i trudne. Ale to musieliby się podzielić Ci wszyscy, którzy ich słuchali, może ktoś się odważy?.... :)

      W tym czasie gdy byłem na turnusie, robiono mi remont łazienki. To jest kolejny pozytywny aspekt tego mojego wyjazdu. Choć było mi bardzo przykro, że mama musiała zostać i przeżyć ten czas remontu w domu. A sami wiecie, że łazienka to jedno z newralgicznych miejsc w domu, ale moja mama to jednak twardy charakter i dała rady mimo 82 lat jakich sobie już liczy... Dzisiaj już jest po wszystkim, głównie dzięki rodzinie i przyjaciołom, którzy przyszli i wysprzątali całe mieszkanie :) Kiedy ja przyjechałem, to praktycznie nie było żadnego już śladu po remoncie, to naprawdę wielkie, i z tego miejsca Wam dziękuję :)

    Z pracą na razie cisza, może coś we wrześniu się ruszy. Nikt teraz przy zdrowych zmysłach w trakcie tych upałów, nie myśli o zatrudnianiu... Póki co mam wakacje, oby nie za długo.... Oki zmykam do jakieś książki, a potem może jakiś meczyk na mieście, zobaczy się...
Pozdrawiam wszystkich czytających:)